Przemówienie Ambasadora Rzeczypospolitej Polskiej w Królestwie Niderlandów,
Pana professor Marcina Czepelaka,
podczas uroczystości upamiętniających udział 1 Samodzielnej Brygady padochronowej
w operacji Market Garden, 74 lat temu
Driel, 22 września 2018 roku

Szanowny Panie Burmistrzu,
Ekscelencje,
Szanowni Państwo,
Drodzy holenderscy Przyjaciele,
Pamiętam, jak przyjechałem do Driel rok temu – na samym początku mojej misji dyplomatycznej w Królestwie Niderlandów. Dobrze zapamiętałem ten dzień. Przez ten rok poznawałem Was i Waszą Ojczyznę. I muszę przyznać, że nie przestajecie mnie zaskakiwać.

Byłem bardzo zaskoczony, kiedy w ubiegłym tygodniu udałem się na spotkanie z Anthony Beevorem – autorem książki „Bitwa o Arnhem”. W piątek wieczór sala Hartenstein Aiborne Museum w Oosterbeek była pełna. Zastanawiałem się, co pragmatyczni Holendrzy robią w piątek wieczór na takim spotkaniu. Dlaczego nie wybrali pubu, w którym podają dobre piwo, krokiety i bitterballs?

Słuchając pytań byłem jeszcze bardziej zdziwiony – wszyscy znali historię bitwy o Arnhem, jakby byli zawodowymi historykami. Wielu pytało o polskich żołnierzy i generała Sosabowskiego. Ale to jeszcze nie koniec.

Po spotkaniu podeszła do mnie pewna młoda kobieta i powiedziała: „Panie Ambasadorze, my nigdy nie zapomnimy o Polakach.”. A kiedy mówiła, w jej oczach widziałem wzruszenie.

Zadałem sobie pytanie: co się tutaj stało, że 74 lata po operacji wojskowej, która zakończyła się całkowitą klęską, i która kosztowała życie prawie 2000 tysięcy alianckich żołnierzy oraz około 500 Holendrów, pozostała pamięć o Polakach? Jakie było to zaskakujące spotkanie Polaków i Holendrów? Kim byli ci polscy żołnierze, że Wy – drodzy holenderscy Przyjaciele jeszcze o nich pamiętacie?

Pomyślałem wtedy o dowódcy polskich spadochroniarzy – generale Stanisławie Sosabowskim. To on był twórcą Pierwszej Polskiej Samodzielnej Brygady Spadochronowej. To on ukształtował jej żołnierzy a jego charakter ukształtował charakter całej Brygady.

Wiemy, że podstawowe cechy charakteru wyrabiają się w dzieciństwie. Dzieciństwo Sosabowskiego nie było łatwe. Wcześnie stracił ojca. Miał wtedy jedenaście lat; jego brat – siedem, siostra – cztery. Jak sam napisał: „Śmierć ojca stała się przyczyną mojej przedwczesnej dojrzałości. Utraciłem beztroskę i radość dzieciństwa i młodości. Pensja wdowia matki nie wystarczała na nasze potrzeby”. Rzeczywiście Stanisław był biedny jak mysz kościelna. Nie miał nawet płaszcza i w zimie po prostu biegł do szkoły, gdzie dalej trząsł się z zimna. Pomógł mu ksiądz, który był jednym z nauczycieli. Dzięki niemu Sosabowski dostał płaszcz i zaczął zarabiać udzielając lekcji matematyki i francuskiego. Zarobione pieniądze oddawał matce.

Już wtedy Sosabowski był twardy i nieustępliwy. Przydało mu się to, kiedy stał się dowódcą polskiego wojska. Wierzcie mi, polscy żołnierze to nie aniołki. Ale wytrwałość pomogła mu przezwyciężyć dużo większe wyzwania, jakich los mu nie szczędził.

Stanisław Sosabowski urodził się w 1892 r. w Stanisławowie. Było to polskie miasto – twierdza, która broniła Polski przed Tatarami i Turkami. Dziś jest na Ukrainie. Wtedy – w 1892 r. Stanisławów był okupowany przez Austrię a Sosabowski został wcielony do austriackiej armii. Walczył mężnie. Po roku walk z 250 żołnierzy, którzy z Sosabowskim wyruszyli na front przeżyło trzech. On sam został ciężko ranny w kolano z porażeniem nerwu. Nie mógł chodzić. Ślub brał wspierając się na kulach. Czy ktoś by wtedy uwierzył, że to właśnie on w wieku 52-lat będzie skakał ze spadochronem?

A jednak był moment w życiu generała Sosabowskiego, w którym się załamał. W wypadku zginął jego młodszy syn Jacek. Wcześniej wypadkowi uległ jego także starszy syn – noszący to samo imię co ojciec – Stanisław. W tym wypadku utracił lewe oko. Ten syn generała został lekarzem i żołnierzem polskiej podziemnej Armii Krajowej. 1 sierpnia 1944 r. – czyli w pierwszym dniu powstania warszawskiego młody porucznik Sosabowski dowodził oddziałem, który uwolnił z więzienia SS 50 Żydów. Niestety, wkrótce potem został ciężko ranny i stracił wzrok także w prawym oku. Wkrótce potem jego ojciec – Generał Sosabowski wylądował w Driel.

Biorąc pod uwagę wszystkie ciosy, jakich generałowi nie szczędził los, zdumiewa mnie jego wiara w człowieka. To prawda, że był wymagający, ale nie był despotą. Liczył na ambicję swoich żołnierzy, umiał ich motywować i kształtować ich charaktery. Taki był zawsze – kiedy uciekł spod okupacji niemieckiej i rosyjskiej na Węgry, następnie do Francji, która wkrótce skapitulowała a stamtąd do Wielkiej Brytanii.

Gdziekolwiek się pojawiał generał Sosabowski pokazywał wytrzymałość, wiarę w człowieka i głowę otwartą na nowe pomysły. Pomagało mu jeszcze i to, że kochał sport.

Kiedy w 1940 r. w Szkocji jego żołnierzy zastała surowa zima – zamiast się martwić, zorganizował dla nich kurs narciarski. Sam był instruktorem narciarskim. Nie ma nart? To nie problem! Sosabowski pożyczył je od norweskich kolegów-żołnierzy. I każdy polski oficer wyjeżdżał na 2 tygodniowy kurs narciarski, wracając opalony i w znakomitej kondycji fizycznej – mimo, że – jak wspomina Generał Sosabowski – niektórzy byli już po 40. To akurat jest bardzo ważne dla mnie, właśnie skończyłem 40 lat.

I kiedy nikt nie wiedział, co zrobić z jego żołnierzami on pewnego wieczora wpadł na pomysł – skoro mogą być kursy narciarskie, mogą być też spadochronowe.

Już wiecie co się stało dalej. Jak było w Driel, jak było w Arnhem i jak został oskarżony. Za swoją służbę nie dostał nawet prawa do emerytury i pracował praktycznie aż do śmierci jako zwykły magazynier. Został bez pomocy, bez stopnia generalskiego, bez pieniędzy. I bez słowa skargi.

Pomyślmy teraz o generale Sosabowskim – o jego odwadze, wytrwałości, oddaniu ojczyźnie, poświęceniu i poczuciu niezależności. Te wszystkie wartości przekazywał swoim żołnierzom – tym którzy wylądowali tu 74 lata temu.

Kiedy dziś wielu polityków mówi dziś o Europie wartości, myślę, że najlepiej wartości pokazuje ten, kto nimi naprawę żyje. Tych wartości nie trzeba wymyślać na nowo. Można je zobaczyć tutaj. Wystarczy trochę wyobraźni. Wystarczy zamknąć oczy i zobaczyć na wrześniowym niebie czasze spadochronów. Spróbujecie…